Wyjechać i nie przegrać

Quo vadis, bratanku?
23 lutego 2013
Tomasz Wiśliński w Radio LUZ
27 lutego 2013

Wyjechać i nie przegrać

Wojciech Jezusek

Uniwersal.info

Magazyn Studentów Uniwersytetu Wrocławskiego

wpis gościnny

Od kilku miesięcy stosunek opinii publicznej do osób decydujących się opuścić Polskę wyraźnie się polaryzuje. Wszystko za sprawą użycia wobec osób pomiędzy 20 a 30 rokiem życia określenia „stracone pokolenie”, które zdaje się w jakiś sposób je definiować. Myślałem, że oprócz podawania nowych statystyk nic nowego o emigracji powiedzieć już nie można. A jednak.

Do niedawna zjawisko wyjazdów w większości neutralnie komentowano, dziś znacznie częściej ocenia się je w czarno-białych kolorach. Wszystko zaczęło rozbijać się o to, czy Polska rzeczywiście straciła w jakiś sposób rzesze młodych osób, czy to tylko czyjś wymysł. Głównie chodzi o wewnętrzną sytuację Polski, ale to co w tym kontekście odnosi się do ludzi decydujących się zmienić „polski doswit” na inny, wywołuje istny śmiech przez łzy. Dzisiaj, gdy problem całego pokolenia lat 80. zaczął trwożyć wszelkiej maści socjologów, psychologów, analityków i tym podobnych, coraz więcej specjalistów do popełnionych w polskim społeczeństwie błędów nie chce się przyznać. Zamaskowanie, że coś poszło nie tak oprócz przerzucenia części winy na szkolnictwo, w zdecydowanej większości kończy się na podekreślaniu indywidualnych błędów.

I tak dowiadujemy się, że teraz wyjazd za granicę podejmują osoby, które nie odnalazły się(!) na rodzimym rynku pracy lub te, które idą na łatwiznę. Wcześniej, żeby móc wyemigrować wystarczyło powiedzieć, że zagraniczna pensja jest znacznie lepsza niż w Polsce. Argument na tyle przekonywujący i zrozumiały, że nikt z nim specjalnie nie polemizował. Dzisiaj to samo uzasadnienie nie wystarcza. Teraz jako wzór stawia się tych, którzy się „odnaleźli” i są przykładem, że jednak można. Dodam, że chodzi o pracę w porywach za nie więcej niż 500 euro miesięcznie (i to jest bardzo optymistyczny wariant), bo tej granicy ogromna większość ludzi w Polsce nie przekracza. Nie trzeba chyba podkreślać jak to się ma w relacji do cen. Coś jeszcze?

Idźmy dalej torem rozumowania naszych komentatorów życia społecznego. Jeden z czołowych polskich kabareciarzy (z litości nie wymienię z imienia i nazwiska) porównał wyjazdy do Irlandii (i tym podobnych) do pozostawienia niechcianego samochodu na środku ulicy. „Bo jak coś się nie podoba, to wyjeżdżają z kraju”. Gratuluję toku myślenia. Mój znajomy z kolei powiedział, że pracowanie za granicą to porażka. Wierząc niektórym opiniom to właśnie pozostanie w Polsce gwarantuje raj na ziemi. Poważnie!? Każdy kto zostaje w kraju i kończy z roszczeniowym stosunkiem do pracy i decyduje się pracować za te 500 (oby!) euro miesięcznie wygrywa swoje życie. Łapie Pana Boga za nogi! Cóż chcieć więcej… . Przecież wiadomo, że mamy najlepsze stadiony, najlepsze drogi, lotniska oraz koleje, najlepsze piramidy finasowe i najlepszą służbę zdrowia. Ale to nie wszystko.

Jest tak wspaniale, że nie musimy martwić się o siebie, tylko możemy bratnią pomoc nieść Grecji, Hiszpanii i innym, gdzie każdy zazdrości nam naszych zarobków.

„Specjaliści” nie mogą przyznać racji tym, którzy taki stan negują, bowiem na cały froncie zaczyna się walka o to, czy Polska straciła ostatnie dwadzieścia lat. Dzisiejsza reemigracja jest dla nich próbą udowodnienia, że Polskę opuszczają osoby przegrane, zagubione, nieprzedsiębiorcze. Przecież dla tych kilkuset tysięcy osób po studiach praca jest, nie mówiąc już o pozostałych. Trzeba tylko przestać się obijać. Dyskredytuje się coraz częściej tych, którzy z Polski uciekają i zniechęca pozostałych. Przypadek? Kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić, że myślenie niektórych osób może pójść w tę stronę. To iście swoista propaganda, która odbiera ludziom prawo decydowania o sobie i gloryfikująca posłusznych systemowi. W kategoriach sukcesu przedstawia się coś co powinno być absolutnie normalne. By żyło się lepiej… .

„Eksperci” boleją, że w Wielkiej Brytanii emigranci pracują za 1200 funtów, gdy w Polsce mieli przecież 1200 zł. By żyło się lepiej… wszystkim.

Nie tylko pieniądze

Postępowa opinia nie przyjmuje do wiadomości, że reemigracja ma coraz częściej znamiona sprzeciwu wobec tego co oferuje im „polski doswit”. Przybywa ludzi, dla których motywy ekonomiczne schodzą na drugi plan, a ważniejsze stają się te pozamaterialne. Nie widzą chociażby ukrytych strażników miejskich dbających o porządek publiczny wlepianiem mandatów za przejście na „czerwonym” czy czyhającego na gminnej drodze policjanta z radarem. A przynajmniej nie widują tak często. Podobnych przykładów można by podać więcej i okazuje się, że jest coraz więcej Polaków, dla których taki stan rzeczy wcale nie jest bez znaczenia.

System, który panuje w Polsce wypycha część osób poza jej granice, ale to wcale nie musi oznaczać, że pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków musi być stracone. Byłoby nim wtedy, kiedy milczącą większością przyjęłoby bezkrytycznie to, co podaje się im w mediach i oferuje dzisiaj w pracy. Duża część społeczeństwa wydaje się zmanipulowana, ale nie brakuje ludzi z ambicjami i aspiracjami, ale też tych, którzy powoli przestają mieć wybór. Nie należy też tego łączyć z pogonią za pieniędzmi i zachodnim, celebryckim stylem życia, ale ze zwykłą normalnością.

Chęć posiadania swojego mieszkania nie musi od razu wiązać się z oddaniem się na łaskę i niełaskę banku. Przynajmniej nie w takim wymiarze. Młodzi ludzie, szczególnie ci z wyższym wykształceniem, mają świadomość, że mają wybór i nie muszą tańczyć w takt czyjejś muzyki.

Wyjazdy na stałe lub tylko na określony czas nie są równoznaczne z poddaniem i przegraną. Kiedyś tak właśnie myślałem, że co będzie, jeżeli wszyscy pojadą za granicę? I co? I wyjechali. Nie wszyscy, ale spora część. I świat się kręci dalej. W internecie aż roi się od blogów i stron internetowych prowadzonych przez Polonię, gdzie emigranci nie szczędzą sobie porad i opinii na temat życia i szans w innym „doswicie”.

Ważniejsze sprawy

Oczywiście pojawiają się głosy obwiniające o zdradę Ojczyzny (niesprawiedliwe, ale ze względu na ładunek emocjonalny z całą stanowczością wybaczalne) lub takie, że sytuacja z jakiś powodów specjalnie jest ukierunkowana tak, żeby jak najwięcej osób Polskę opuściło. I szczerze powiedziawszy wolę już to, niż mydlenie oczu, że – symboliczny już dzisiaj – zmywak w UK, czy praca na budowie gdzieś tam, jest mniej opłacalna, a na pewno bardziej upokarzająca niż w naszej nadwislańskiej, demokratycznej i jak najbardziej wolnorynkowej gospodarce. Że za granicą osoby dobrowolnie zgadzają się na niewolnictwo. Kiedyś takie oceny wyrażano nieśmiale, dziś jednak pojawiają się znacznie częściej.

Trzeba było szukać ze świecą w ręku osoby, która proponowałaby kilka lat temu rozwiązanie istniejącej sytuacji i trwającego procesu. Podawano statystyki, zestawienia, tabelki, wykresy, itp., ale nikt tak naprawdę nie starał się przyciągnąć uwagi i zawrócić niedoszłych emigrantów tak, żeby zjawisko masowych wyjazdów spowolnić lub zmniejszyć. Politycy woleli zajmować się problemami na podwórkach sąsiadów zamiast swoim. Ważniejsze były parytety, prawa gejów, legalizowanie narkotyków i oderwana od rzeczywistości krytyka Kościoła. Lepiej było prowadzić propagandę, którą nie powstydziłby się sam towarzysz Gierek. Zresztą, dzisiaj widać, że w zadłużaniu państwa mógłby się jeszcze sporo nauczyć. Przeglądając tematy poruszane przez polityków przez ostatnie kilka lat trzeba stwierdzić, że w zasadzie nic się nie zmieniło. A tymczasem – jak mój dobry znajomy mówi – „micha pusta”.

I gdy okazało się, że „zielony doswit” nie porwał tłumów i ludzie na nowo zaczęli szturmować zagraniczne rynki pracy i szukać miejsca osiedlenia, to propaganda sukcesu zaczęła ich nazywać dezerterami, krętaczami, migaczami, itp. Z całą stanowczością też uważam, że należy pójść na kurs autoprezentacji a praca w „przyjaznej atmosferze i młodym, dynamicznym zespole” sama się znajdzie. Za 1500 zł. Jeżeli ktoś się ze mną nie zgadza (a ma do tego jak najbardziej prawo), polecam zapytać się kilku swoich znajomych czy jest inaczej