Wunderwaffe von Herrn Tusk

Populizm penalny
31 października 2013
Żołnierze wyklęci whistorii i debacie publicznej
10 listopada 2013

Wunderwaffe von Herrn Tusk

 

Michał Tkaczyszyn

Od kiedy Warszawa nie została „zdobyta”, a Antoni Macierewicz przypomniał sobie, że najlepiej wychodzi mu spektakularna destrukcja własnej pracy, premierowi spadł niemały kamień z serca. Zorientował się przy okazji, że wobec utrzymującego się trendu sondażowego, przy którym niemal wszyscy byli już gotowi wyobrazić sobie powrót prezesa Kaczyńskiego do władzy, cały zaprzyjaźniony obóz medialny aż palił się do obrony nadszarpniętej reputacji jego otoczenia. Gdy okazało się, że zagrożenia zewnętrzne eliminują się same, przyszła pora na umocnienie pozycji wewnątrz partii. Od kiedy Tusk pozbył się ze swojego otoczenia zdecydowanej większości samodzielnie myślących polityków, słusznie właśnie w Grzegorzu Schetynie wciąż widzi tego, który jako jedyny mógłby w naturalny sposób przejąć po nim władzę w PO. Patrząc na to, w jakich okolicznościach Jacek Protasiewicz i jego stronnicy stawali się w ostatnich tygodniach na Dolnym Śląsku szanowanym biurem pośrednictwa pracy, widać wyraźnie, jak bardzo Tuskowi musiało zależeć na kolejnym osłabieniu wpływów Schetyny w jego mateczniku. Gdyby premier chciał całkowicie pozbyć się kolejnego z założycieli PO, zrobiłby to już dawno, a to wskazuje na zasadność tezy, jakoby ten wiedział o przewodniczącym Platformy o odrobinę zbyt wiele.

Kluczowe na półmetku drugiej kadencji wydaje się być pytanie o to, jakimi narzędziami obrony posiadanej władzy dysponuje jeszcze Tusk. Premier z rzadka przypomina sobie, że kiedyś kazał nazywać się liberałem i w związku z tym w środku wakacji Platforma Obywatelska, ustami marszałek Kopacz, poruszyła nieśmiało kwestię finansowania partii politycznych z budżetu państwa. O tym, że ugrupowanie to uwielbia w żenujący sposób wydawać publiczne pieniądze, wiemy, nie patrząc już nawet na zegarki ministra Nowaka. Zniesienie subwencji budżetowych nie byłoby jednak tylko zagrywką wizerunkową. Sześćdziesiąt milionów złotych oszczędności, nieporównywalnie więcej aniżeli porównywalnie silne Prawo i Sprawiedliwość, a także dodatkowo wszystkie pozostałe partie razem wzięte, może sprawić, że w perspektywie czterech kampanii wyborczych w ciągu kilkunastu miesięcy opozycji może zabraknąć nie tylko kompetentnych kadr, ale i niezbędnych funduszy.

Posłowie wszystkich ugrupowań z wyjątkiem Platformy i niedofinansowywanej Solidarnej Polski ochrzcili ten pomysł z jednogłośną dumą jako zamach na demokrację oraz otwieranie furtki dla korupcji. Z jednej strony ktoś złośliwy rzekłby, że niejeden zamach byłby gotów popełnić premier dla utrzymania władzy. Z drugiej o tym, że dla rządzącego przed dekadą Sojuszu Lewicy Demokratycznej wspomniana furtka nigdy zamknięta nie była, zdążyliśmy się wszyscy przekonać. W ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości komunikat, który można sparafrazować mniej więcej tak – „nie zabierajcie nam publicznych pieniędzy bo nie powstrzymamy się przed skorumpowaniem”- brzmi już jednak niedorzecznie. Szczególnie, jeśli pada ze strony zwolenników demokracji „totalnej”. Tych samych, którzy nie chcą zauważyć, że w niemal wszystkich badaniach opinii publicznej jedynie kilka procent respondentów akceptuje obecny stan rzeczy.

Mimo, że byłaby to zmiana rewolucyjna i pozbawiłaby Tuska wielu wpływów, to wizja oddania wszystkich instrumentów rządzenia prezesowi  Kaczyńskiemu jest mimo wszystko bardziej przejmująca. Premier ma także w zanadrzu bardziej kosmetyczny zabieg, przy którym znalezienie doraźnych koalicjantów byłoby znacznie prostsze, i który nie byłby precedensem na polskiej scenie politycznej. Na zmianie metody przeliczania głosów wyborczych z obowiązującej formuły d’Hondta na formułę Sainte-Lague, która w ilości przyznawanych mandatów poselskich zdecydowanie bardziej premiuje ugrupowania mniejsze, mogłoby zależeć wielu partiom. Nawet największym pragmatykom trudno jest mówić o potencjale koalicyjnym Prawa i Sprawiedliwości. Im zatem bardziej sfragmentaryzowany będzie Sejm, tym mniejsza szansa, że Jarosław Kaczyński za dwa lata wróci do władzy. Wzrosłoby wtedy również prawdopodobieństwo konieczności współrządzenia z reprezentantami lewicy komunistycznej na czele z Leszkiem Millerem, ale wydaje się, że nie taką cenę za przejście do historii mógłby zapłacić Donald Tusk.