Prawicowy flirt z nazizmem

Tyrmand: Wasi politycy okradają zaślepione społeczeństwo od lat
22 stycznia 2014
Ukraina - Marsz
Akcja wsparcia dla Ukrainy we Wrocławiu
1 lutego 2014

Prawicowy flirt z nazizmem

Krzysztof Adamaszek
Nazizm często kwituje się stwierdzeniem, iż jest on nurtem „trudnym do jednoznacznego uplasowania na klasycznej osi lewica-prawica”. Pomimo tego po II wojnie światowej narodowy socjalizm zwykło się umieszczać jednoznacznie na skraju prawej strony areny ideologicznej. Ostatnimi czasy coraz częściej wskazuje się na jego ewidentne lewicowe konotacje – a konserwatyści zaczynają wręcz określać ten totalitarny system jako „czerwony”. Ile w tym prawdy?

W ramach ideowej erystyki coraz rzadziej słyszy się to pytanie. Warto więc przyjrzeć się nazizmowi nieco bardziej obiektywnie w poszukiwaniu jego postulowanych prawicowych konotacji, gdyż – podobnie jak w przypadku socjalistycznych źródeł faszyzmu niemieckiego – narosło w tym temacie wiele mitów, i to nie tylko na gruncie lewicowych analiz i opinii. W tym artykule chciałbym skupić się na ideach konserwatywnych, które, błąkając się po ślepych uliczkach ówczesnych realiów, znalazły punkty styczne z narodowym socjalizmem – i przez to doprowadziły do przeobrażenia się pewnych myślicieli i polityków prawicowych w „przystawki” partii nazistowskiej.

O ile lewicowy światopogląd dosyć łatwo określić i metodycznie zdekonstruować, o tyle analogiczne działania odnoszące się do jego dychotomicznego przeciwieństwa zawsze przynoszą nieostre efekty. Pojęcie prawicy na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci bardzo dynamicznie ewoluowało, z czym związek ma nie tylko rozwój różnych koncepcji w jej ramach, ale w dużej mierze także siła sprawcza lewicowej opinii. Szczególnie dziś triumfy święcą grupy, które pod pojęciem prawicy rozumieją diametralnie różne zjawiska: nieograniczoną wolność osobistą i gospodarczą (jak libertarianie) lub też wymieniane hurtem nietolerancję, zacofanie, rasizm, klerykalizm etc. (jak skrajna lewica i coraz częściej lewicowi liberałowie). Nie siląc się na syzyfowe próby ustalenia jednej definicji prawicowości, warto zaznaczyć nurty, które bezsprzecznie zaliczają się do „prawej strony barykady”. Główny ich pień stanowi szerokie pojęcie konserwatyzmu. Konkretyzując, mowa o konserwatyzmie tradycjonalistycznym, konserwatywnym liberalizmie i konserwatywnym nacjonalizmie. Dodajmy, że system kapitalistyczny, kojarzony z prawicą, ma rzeczywiście stricte prawicowy charakter – natomiast nie jest typowy dla każdego nurtu tej opcji. Nie wolno zapominać też o wyraźnym zabarwieniu chadeckim, które często otwiera furtkę dla umiarkowanego korporacjonizmu. Wspólnym mianownikiem większości wymienionych koncepcji jest szacunek dla religii i autorytetów moralnych.

Państwo (bez)prawne. Carl Schmitt i jego koncepcje

Jak wiele razy słyszeliśmy z ust rzekomych znawców tematu, iż nazizm i konserwatyzm to ideologiczne syjamskie rodzeństwo! Przytoczmy więc konkretne informacje, które tym ludziom są nieznane lub zgoła niepotrzebne do wygłaszania ich dogmatycznych tez. Nie będzie żadnym odkryciem konstatacja, że podejście tej drugiej ideologii do państwa, kultury i kwestii społecznych jest absolutnie zachowawcze. Opieranie się na naturalnych i ugruntowanych historycznie obyczajach jest tu zawsze połączone z legalizmem i szacunkiem do prawa i jego instytucji. Tendencją, która uskuteczniła się niemal całkowicie w III Rzeszy, była zaś tzw. likwidacja państwa prawnego. Od 1933 roku zawieszano stopniowo niektóre artykuły konstytucji i de facto anulowano ustawy. W miarę umacniania się władzy NSDAP i samego Hitlera prawo zaczęło mieć charakter typowy dla państwa totalitarnego – zamiast być strażnikiem wolności, stało się narzędziem terroru. Ostatecznie praktycznie jedynym źródłem prawa stała się osoba Führera. Jednym z wymownych tragikomicznych paradoksów historii jest fakt, że za teoretyczną podbudowę nazistowskiej koncepcji prawa (tzw. doktrynę stanu wyjątkowego) odpowiada przede wszystkim… konserwatysta Carl Schmitt.

Przewodniczący Związku Prawników Narodowo-Socjalistycznych w latach 1933-36, rewolucyjny konserwatysta, kolaborant. Postać Carla Schmitta jest kluczem do rozwikłania problemu poparcia udzielonemu NSDAP przez prawicowych wyborców. Z analizy zawartej w niedawnej arcyciekawej publikacji Adama Wielomskiego pt. „Carl Schmitt wobec narodowego socjalizmu”, która ukazała się na łamach Pro Fide Rege et Lege wynika, iż ten konserwatysta-rewolucjonista (jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, tak właśnie należy go określać) nie należał do stuprocentowo szczerych wyznawców nazizmu. U schyłku Republiki Weimarskiej zaangażował się wręcz w jej rozpaczliwą obronę. Po przejęciu władzy przez nazistów w 1933 roku bardzo szybko wszedł w ich szeregi, i mimo swej krytej wobec nich niechęci, uznał Adolfa Hitlera za „nowego suwerena”. Nie było to podyktowane jedynie czystym oportunizmem; Schmitt, jako wyznawca heglowskiej idei „ducha czasu”, uznał III Rzeszę za legalny byt – ze względu na skrajnie pojmowaną przez siebie statolatrię, kult i szacunek wobec państwa. Ta właśnie przesadzona tendencja, której jak widać może poddać się i konserwatysta, jawi nam się jako swoisty punkt styczny między ideologią nazistowską, a konserwatyzmem.

Statolatria jako łącznik między prawicą a totalitaryzmem została już wcześniej wykorzystana przez ideologów faszystowskich, np. w „Doktrynie faszyzmu” Giovanniego Gentile’a. Wielu konserwatywnych legalistów uległo temu bałwochwalczemu wręcz zjawisku zarówno we Włoszech, jak i później w Niemczech. W tym drugim państwie łączyło się to zresztą z niemiecką specyfiką pojęcia lojalności wobec władcy, którego korzenie zdają się tkwić jeszcze w XVI-wiecznej zasadzie cuius regio, eius religio. A zatem prostą i kuszącą ze względu na jej konformizm opcją uznania władzy (i praktycznie tożsamego z nim pojęciowo państwa) za świętość, bez względu na jej charakter czy sposób rządzenia, skutecznie mamiono obywateli szanujących instytucje państwa i prawa z pozycji tradycjonalistycznych. Ironiczny uśmiech wywoływać może więc fakt, iż to właśnie tę statyczną grupę wyborców Adolf Hitler określa w „Mein Kampf” jako najbardziej oszukaną i dokonującą najbardziej irracjonalnych wyborów politycznych – charakteryzował w ten sposób grupę społeczną, dzięki której w dużej mierze zdobył i utrzymał się później przy władzy.

Tak ów proces „aklimatyzacji” konserwatywnych społeczności w nowej rzeczywistości III Rzeszy wyglądał na poziomie zwykłych zjadaczy chleba. Dla teoretyków takich jak Carl Schmitt uzasadnienie musiało być głębsze. Zgodnie z Heglem, zawsze istnieje jakiś trend historyczny, który należy poprzeć jako „namaszczony” przez wspomniany Weltgeist. Schmitt uznaje za taki, choć dopiero w 1933 roku, nazizm. Dostrzega, jak chłoną do niego masy i widzi jego zarówno ideologiczne, jak i techniczne nowatorstwo (wiece, rozwinięta propaganda etc.) – nie ma wyjścia: musi uznać właśnie tę grupę prymitywnych demagogów za przedstawicieli nowej odsłony świata.

Do tych wszystkich argumentów dodać można, jak zauważa Adam Wielomski, pozytywny stosunek do faszyzmu włoskiego, cechujący w mniejszym lub większym stopniu wszystkich europejskich konserwatystów. Wszak Hitler określał siebie mianem faszysty – spodziewano się więc umiarkowanej dyktatury (we Włoszech przed wojną skazano na śmierć ze względów politycznych „zaledwie” kilka osób, co zbliżone jest np. do liczby ofiar śmiertelnych w Berezie Kartuskiej w czasach rządów sanacji w II RP), która w jakimś stopniu przyjmie w swe ramiona narodowych konserwatystów. „Proletariacki nacjonalizm”, połączony z narodowym konserwatyzmem, stać się miał skutecznym i rozległym bastionem chroniącym przed słabą liberalną demokracją i, przede wszystkim, przed komunizmem. Pruski prymat państwa nad społeczeństwem miał się więc zespolić z nowym, nazistowskim prymatem władzy nad narodem. Schmitt marzył, by władza była mimo wszystko oddzielna istotowo od państwa; naziści mieli inne plany – których wyraźne zarzewie można było odnaleźć już w „Mein Kampf”.

Po wydarzeniach, które miały miejsce pod koniec I wojny światowej i tuż po niej za granicą kraju (rewolucja październikowa, Węgierska Republika Rad), a przede wszystkim w samych Niemczech (rewolucja listopadowa, Bawarska Republika Ludowa, wielkie strajki pod wodzą Związku Spartakusa w 1919 roku), obawa przed komunizmem była w Republice Weimarskiej powszechna. Ta praktycznie wszecheuropejska tendencja miała ogromny wpływ na przewroty, które w wielu państwach doprowadziły do narodzin rządów autorytarnych i dyktatur. Podobnie jak multum miejskiego i wiejskiego elektoratu, także Carl Schmitt swe nadzieje pokładał w mieszanym wodzowskim systemie (najpierw stawiając na koncepcję przejęcia władzy przez Paula von Hindenburga, a potem przez Adolfa Hitlera). Myślał o nowej, dynamicznej podbudowie społeczno-ideologicznej, która byłaby przeciwieństwem szkodliwej świeckiej „teologii” marksizmu-leninizmu. Na powzięcie takich wniosków miała wpływ tzw. teoria mitu politycznego, wyłożona przez francuskiego syndykalistę Georgesa Sorela, popierającego pod koniec życia faszyzm włoski.

Carl Schmitt liczył, iż on i jemu podobnie myślący konserwatyści zdołają wyplenić z nazizmu, dzięki wyższości intelektualnej nad „brunatnym proletariatem”, jego genetycznie rewolucyjny charakter, a w konsekwencji skupić dynamikę na walce z liberalizmem i komunizmem.

Carl Schmitt i „pruscy konserwatyści”

Tok myślenia tego konserwatysty-rewolucjonisty podzielali najważniejsi konserwatywni gracze polityczni ówczesnych Niemiec, tacy jak Franz von Papen czy Kurt von Schleicher,  o których do tej pory nie wspominałem. Nadszedł więc czas, by w naszych analizach przejść z pola ideologii na arenę czynnej polityki.

Carl Schmitt więc, podobnie jak środowisko weteranów i konserwatystów z von Papenem na czele, wstępuje do partii narodowosocjalistycznej (przy poparciu Hermanna Göringa), naiwnie wierząc, że w jej ramach zdoła odtworzyć siłę polityczną jako frakcja. Nie minęły dwa lata, a wszystkie partie poza NSDAP zostały rozwiązane; podczas tzw. nocy długich noży giną zamordowani nie tylko SA-mani i lewicowi naziści, ale i konserwatyści: Kurt von Schleicher, Herbert von Bose, Erich Klausener i Edgar Jung. Nie zmieniło to faktu, iż III Rzesza była za granicą i w dużym stopniu w kraju postrzegana jako zachowawcza i konserwatywna. Świat, podobnie jak Schmitt, miał się w niedalekiej przyszłości przekonać, że to nieprawda – w momencie, gdy Hitler rozpocznie proces rewolucyjnej zmiany wyglądu Europy. Nawet po śmierci kilku przyjaciół (częściowo z powodu strachu, częściowo z autentycznej wiary, że nazizm może jeszcze stać się konserwatywny) Schmitt kolaborował z reżimem, wydając broszurę uzasadniającą nadrzędny charakter Führera w kwestiach prawa oraz popierając ustawy norymberskie. W końcu, mimo swego oportunizmu, został wydalony z partii i zdymisjonowany z funkcji jurystycznych w roku 1936 – z powodów nie innych, jak reakcyjność poglądów.

Za podsumowanie historii Carla Schmitta może nam posłużyć następujące zdanie:

W 1933 r. wielu ludziom niemieckiej prawicy, wstępującym w szeregi NSDAP, mogło się wydawać, że zgłaszają akces do hałaśliwej, populistycznej i plebejskiej partii nacjonalistycznej o silnym elemencie socjalnym, gdzie stworzą prawicową frakcję, która będzie miała duży wpływ na „ucywilizowanie” nowego reżimu (Adam Wielomski).

Niestety, wówczas jeszcze za mało wiedziano o tym, czym jest totalitaryzm. Podstawowym zaś błędem zarówno mas, jak i ideologów takich jak Carl Schmitt, było uznanie nazizmu za „demagogiczny ruch konserwatywny” – myląc diametralnie zbrodniczą rewolucyjność hitlerowców z tradycyjną reakcją.