Powstanie Warszawskie – trzy pytania do Zbigniewa Osińskiego

Festyn Rady Osiedla Kuźniki
24 czerwca 2013
Trzy pytania do Tomasza Misiaka
4 sierpnia 2013

Powstanie Warszawskie – trzy pytania do Zbigniewa Osińskiego

Poniżej wywiad ze Zbigniewem Osińskim, historykiem oraz pracownikiem Muzeum Powstania Warszawskiego. Wywiad przeprowadził Michał Tkaczyszyn.

 

Wydaje się, że po 1989 roku w debacie publicznej na temat Powstania Warszawskiego dominuje dyskusja o jego negatywnych skutkach. Większość elit politycznych przy okazji każdej rocznicy jego wybuchu głośno przypomina o olbrzymiej liczbie poległych wśród ludności cywilnej oraz zrównaniu niemal całego miasta z ziemią. Jakie pozytywne z drugiej strony skutki Powstania widać w perspektywie tych kilkudziesięciu lat? Czy zgadza się Pan Doktor ze zdaniem profesor Jadwigi Staniszkis, nazywającej je klęską, która w dłuższej perspektywie przerodziła się w zwycięstwo?

Niech mottem mojej wypowiedzi nt. Powstania Warszawskiego będzie wypowiedź ks. Stanisława Tworkowskiego – kapelana I Obwodu- „Śródmieście” Okręgu Warszawskiego AK:

„W różny sposób będą określać Powstanie: brakiem roztropności, nieprzygotowaniem militarnym, szaleństwem, które przyniosło korzyść wrogom Polski. Niezależnie od sądów słusznych, czy niesłusznych, jedno jest pewne, że był to zryw wolności, która jest dobrem godnym największych ofiar czy poświęceń”

Ostatnie 24 lata dyskusji o Powstaniu Warszawskim to z małymi wyjątkami, a raczej przerwami negatywna ocena podjętej 31 VII 1944 r. decyzji polskich  władz wojskowych i cywilnych o włączeniu Warszawy do planu „Burza”, a co za tym idzie wybuchu Powstania w stolicy. Politycy i bardzo wrażliwi na historyczne „mody” dziennikarze są przekonani, że odnajdując argumenty na „nie” Powstania, dokonują rzeczy wielkiej i odkrywczej. Tu niespecjalnie dziwię się  młodym historykom,  którzy przyłączają się do rosnącej wciąż grupy potępiającej Powstanie (do czego mają naturalnie prawo). Ale owi chłodni analitycy polskich dziejów nie pamiętają chyba, że prześmiewcza krytyka naszych powstań, również tego w Warszawie, ma bardzo długą brodę. Argumenty na „nie” są jedynie sprytnie modyfikowane tak, aby nie były kopią propagandy PRL obowiązującej w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych oraz aż  do połowy lat osiemdziesiątych. Przypomnę, jaka była ta oficjalna interpretacja wydarzeń z lata 1944. Decyzja o wybuchu Powstania była szaleństwem, awanturnictwem politycznym polskich władz w Londynie i w Warszawie graniczącym ze zdradą interesów polskich w ogóle.  Wysokich oficerów AK miały cechować instynkty samobójcze, Powstanie miało być fatalnie dowodzone przez cały jego okres. Na otarcie łez poniżonych obywateli PRL, władza ludowa łaskawie dostrzegała bohaterstwo i sprawność żołnierską szeregowych powstańców, a także nade wszystko heroiczną postawę „ludu Warszawy” co oczywiście np. było prawdą.

Moja odpowiedz na pierwsze pytanie nie będzie kolejnym elaboratem, tu, w tym przypadku bogatszym w argumenty „za” Powstaniem.  Przecież nie o to tu chodzi, byśmy przerzucali się kolejnymi faktami, ocenami. One są od dawna znane, ale nie mogę   powstrzymać się od przypomnienia, a zarazem stwierdzenia, że: Powstanie w Warszawie było czynem racjonalnym, miało m.in. pokazać naszym sojusznikom, że Polacy nie godzą się na postanowienia „Wielkiej Trójki”, nie godzimy się na oddanie połowy Polski Sowietom, nie godzimy się na włączenie Polski do sowieckiej strefy wpływów. To nieprawda, że polskie władze w Londynie nic nie wiedziały o postanowieniach teherańskich wobec Polski i Europy Środkowej. Przecież premier rządu JKM.  wspominał o nich w nieco zawoalowanej formie w Izbie Gmin już wczesną wiosną 1944. Poza tym polskie władze wojskowe i cywilne w kraju i w Londynie doskonale wiedziały, co wyprawia Armia Czerwona na wschodzie Polski. Mieliśmy w ogóle nie reagować?

Powstanie po prostu wybuchnąć musiało, była to prosta konsekwencja drogi obranej przez Polskę w 1939. Nie po to przez pięciolecie okupacyjne organizowano wielotysięczną Armię Krajową, aby w momencie wycofywania się Niemców z Polski na nich nie uderzyć. Jakie byłyby komentarze wobec takiej postawy AK po wojnie? Na pewno jak zawsze „AK stało z bronią u nogi”. Co gorsza, posądzanoby AK o cichą współpracę z Niemcami itp.  Nie do końca polskie władze w kraju przewidziały aż tak cyniczną postawę Zachodu wobec swojego wiernego sojusznika, choć trzeba przyznać, że przesłanki do tej wiedzy były.

W sporze o Powstanie brakuje zwykłych proporcji, porównań historycznych z tym, co bywało u naszych bliższych i dalszych sąsiadów. Czy zawsze i wszędzie królowało zimne wyrachowanie, czy istotnie tylko Polacy mają,  jak to określają prześmiewcy polskiej historii „instynkty samobójcze” ( np. od kiedy to odwaga i bohaterstwo zwane jest „instynktem samobójczym”)? Kto dzisiaj pyta Rosjan o sens obrony Leningradu od IX 1941, po rok 1943? Przecież „owocem” tej obrony było milion sto tysięcy zmarłych z głodu. To nie szaleństwo?  Może trzeba się było poddać? Interpretatorom polskiej historii w przypadku Leningradu wystarcza całkowicie argument, że oto nie wolno było poddać miasta Lenina. Koniec, kropka. W przypadku decyzji o wybuchu Powstania musimy co roku bić się z żalem w piersi i ciągle, ciągle wyjaśniać rzekomą „ irracjonalność polskiej polityki w czasie ostatniej wojny”.

Mieliśmy tak, jak wszystkie narody pod słońcem prawo bić się o swoją niepodległość i tę wolność zawdzięczać sobie. Wiemy przecież, że w dziejach wielu narodów takie wydarzenia jak nasze Powstanie miały miejsce. Przypomnę tu tylko Irlandczyków dziesiątki lat walczących o swoje miejsce na ziemi, Węgrów którzy w 1956 nie mieli najmniejszych szans na pozbycie się sowieckiej kurateli. Czy w latach pierwszej „Solidarności” mogliśmy mieć szanse na wyjście z bloku sowieckiego? Czy można było przewidzieć rok 1989? A jednak to nam rację przyznała historia.

Sprawa ofiar. Pracując w archiwum MPW, prawie codziennie czytam straszne w swojej wymowie dokumenty, przeglądam dziesiątki legitymacji, Kennkart  wydobytych przed laty z dołów grzebalnych. Niektóre z nich mają rdzawe plamy. To krew. Ofiary Powstania to istna hekatomba. Cena, jaką zapłaciło za pragnienie wolności tamto odchodzące już pokolenie, jest ogromna. Straty poniesione przez ludność cywilną w czasie Powstania i prawie całkowite zniszczenie miasta, to kolejny argument zwolenników tezy, że trzeba było siedzieć cicho, bo Powstanie w Warszawie miało podobno wspierać naszych wrogów. Przypomnę, że miasto miało być bronione latem 1944. Wskazuje na to powrót do Warszawy po 25/26 VII poszczególnych jednostek armii niemieckiej. Czy władze niemieckie zdołałyby w czasie oblężenia Warszawy ewakuować ludność cywilną? Ofiary obrony miasta przed sowietami byłyby mniejsze?

Nie boję się stwierdzenia, że pamięć Powstania nie pozwoliła pokoleniom Polaków do końca znikczemnieć. Legenda Powstania, pamięć o tysiącach, nie tylko przecież warszawiaków walczących dzielnie o swoje miasto i Polskę, była skuteczną odtrutką na sączoną nieustannie propagandę o wyzwoleńczej misji Armii Czerwonej. Kto pamięta rocznicowe Powązki Wojskowe z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, pamięta ten niesłychanie podniosły nastrój, licznych jeszcze wtedy byłych powstańców, tłumy warszawian, obłoki czarnego dymu ze zniczy, dzwoniącą w uszach ciszę i łzy? Tam zawsze była Polska, ta prawdziwa.

Na historię narodów składają się nie tylko zwycięskie boje, ale i te przegrane przynoszą całkiem nieoczekiwane rezultaty. Całkowicie zgadzam się z tezą prof. J. Staniszkis, że klęska Powstania  w dłuższej perspektywie przerodziła się w zwycięstwo.

 

Niezależnie od niesamowitego heroizmu, bohaterstwa i patriotycznej postawy Polaków, należy ocenić decyzję o podjęciu działań powstańczych z punktu widzenia politycznego. Jak powinno się odnieść w świetle faktów historycznych do stanowiska krytykującego dowódców Armii Krajowej?

Na to pytanie już częściowo odpowiedziałem wyżej. Dodam tylko, że do pełnej znajomości kulisów decyzji o wybuchu Powstania brakuje nam „tylko” pełnego dostępu do archiwów w Londynie i w Moskwie, a także pełnego opracowania naszych zasobów archiwalnych. Nie wolno nam  oceniać polskich dyplomatów, ministrów, oficerów polskiego rządu w Londynie jako grona nieudaczników idących na pasku Anglików i Amerykanów. Sytuacja rządu polskiego w Londynie od VI 1941 tylko się pogarszała. Nie wiemy do końca, jakie były  możliwości  wpływu na naszych sojuszników.

Krytyka dowództwa Powstania ma podobnie długą tradycję, jak gromy rzucane na kierownictwo polityczne. Spójrzmy na życiorysy wyższych oficerów AK. Kim byli ludzie dowodzący Powstaniem przez 63 dni? Czy brakowało im wykształcenia wojskowego? Nie. Czy nie mieli praktyki dowódczej? Czy nigdy nie wąchali prochu? Wąchali i to bardzo długo. Niektórzy jeszcze w czasie I wojny światowej, w czasie wojny 1920, Powstań Śląskich, Powstania  Wielkopolskiego. Czy brakowało im odwagi? Czy cechowała ich mania samobójcza? Nikt w podobnej sytuacji nie dowodziłby z lepszym skutkiem, co nie oznacza, że nie popełniono błędów. Mam tu na myśli rozkaz z 1/2 VIII o wycofaniu niektórych oddziałów AK z Warszawy  do okolicznych lasów. To był ewidentny brak konsekwencji w działaniu operacyjnym. Ale poszukajmy w dziejach wojen przykładu prowadzenia kampanii bezbłędnie, od punktu do punktu na mapie, z wyliczeniem spodziewanych strat własnych i przeciwnika, z przewidzianym precyzyjnie zaopatrzeniem w żywność i amunicje. Może trzeba tu przypomnieć dzieje obrony Kraju Rad z lata i jesieni 1941 – gdy do niemieckiej niewoli szły miliony sowieckich żołnierzy, uprzednio zabiwszy swoich politruków. O tym zdaje się nie pamiętać grono „rozsądnych” historyków. A może nie od rzeczy będzie przypomnieć znakomite dowodzenie armią francuską wiosną 1940. Znowu w tym miejscu  musimy dobrać do oceny faktów  odpowiednie proporcje. Dowodzono wojskiem powstańczym, którego młodsza kadra uczyła się w konspiracyjnych podchorążówkach. Oni także rzetelnie wypełnili swoje zadanie. Lepiej się nie dało.

 

Muzeum Powstania Warszawskiego zwiedziło już prawie 4 miliony osób. Czy zauważył Pan Doktor w ostatnich kilku latach wśród Polaków wzrost zainteresowania naszą historią? Skąd bierze się, szczególnie wśród młodych ludzi, postrzeganie takich wydarzeń, jak Powstanie Warszawskie przez pryzmat narodowej dumy i pięknych tradycji patriotycznych, a nie bezsensownego, skazanego na porażkę zrywu?

Muzeum Powstania Warszawskiego nie daje odpowiedzi na pytanie, czy decyzja o jego wybuchu była słuszna. To nigdy nie było celem naszej muzealnej narracji. Zwiedzający ma sobie zadawać pytania i sam na nie odpowiadać. Muzeum Powstania Warszawskiego ma przekonać o ważności Powstania, pielęgnować pamięć o nim, przekonywać, że trzeba szanować wybory pokoleń, które nie chciały zrezygnować łatwo z niepodległości odzyskanej po 123 latach zaborów. Sukcesem MPW jest szukanie prawdy o nas, o Polsce, co niekoniecznie musi podobać się naszym sąsiadom. MPW wpisało się bardzo dobrze w swoista modę na historię, a nawet ją tworzyło w czasie gdy historia zaczęła stawać się w Polsce przedmiotem niepotrzebnym. Nasze muzeum wypełnia lukę w świadomości historycznej nie tylko Polaków, na przekór przekonaniu, że liczy się tylko przyszłość.

Narody, które tracą pamięć, tracą niepodległość.  To słowa Prymasa Tysiąclecia ks. Stefana Wyszyńskiego.

Od wielu już lat mam wrażenie, że historię Polski piszą ludzie jej niechętni. Wszystko, co w niej wielkie, za wszelką cenę musi być „odbrązowione” ( czytaj zbrukane). Nie chce się dostrzec nie tylko wielkości terytorialnej, przesadnie akcentując odrębność składników dawnego państwa polskiego, ale nie docenia się wielkości procesu zrastania się w jedną całość  narodów zamieszkujących Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Nie docenia się siły Polski odpierającej w połowie wieku XVII najazd wszystkich bez mała sąsiadów, a pokonanie wroga na kilku frontach nie udało się żadnej nacji w historii Europy. Nie mówi się dostatecznie dużo o skuteczności Odsieczy Wiedeńskiej, ani o ocaleniu przez Polskę Europy w roku 1920, za które to ocalenie w każdym mieście Europy powinny być dziękczynne, wystawione na cześć Bitwy Warszawskiej pomniki.  Wspomnę tylko, że gdyby postawa Polski w 1939 była taka, jak chcą zwolennicy „siedzenia cicho” (np. zadziwia mnie nieśmiertelność  krakowskiej szkoły historii z połowy XIX w.), to prawdopodobnie sąsiedzka przyjaźń niemiecko – sowiecka trwałaby znacznie dłużej niż do roku 1941.

Wiem, że moje stanowisko wobec opisywanych problemów wyda się wielu może zbyt mało „naukowe”, ale przyznam, że jako Polakowi trudno mi zdobyć się na chłód w ocenie pewnych wydarzeń. Zresztą „naukowość” nie musi oznaczać obojętności. Najpierw jesteśmy Polakami, a dopiero później filozofami, historykami, prawnikami.