O zasadności liceów ogólnokształcących

Erystyka lemingów. Jak dyskutować z kimś, z kim nie da się dyskutować.
28 stycznia 2013
Piłkarski Turniej Charytatywny – 16 lutego 2013
5 lutego 2013

O zasadności liceów ogólnokształcących

Monika Krumplewska

Jako, że jestem tegoroczną maturzystką, nachodzą mnie refleksje na temat etapu edukacji, który wkrótce ukończę. Nie ukrywam, że oprócz nostalgii, do napisania tekstu inspiruje mnie również Złota Zasada Maturzystów – „jeszcze tylko pomaluję ściany i zacznę się uczyć”.

Co prawda, system, który zamierzam skomentować, jest już reliktem przeszłości, bo tegoroczna reforma dokonała transformacji wyglądu nauczania w liceach w sposób znaczący, jednak zakończenia implikują powstawanie wszelakich podsumowań, więc pozwolę sobie na poczynienie pewnych rozważań w zakresie rzeczywistości, która odchodzi do lamusa wraz z majem 2013.

Za punkt wyjścia przyjęłam rozpatrzenie zasadności przymiotnika „ogólnokształcący”. Owszem, pierwsze wrażenie jest pozytywne. Nawiązanie do idei „człowieka pełnego”, humanistycznej koncepcji wszechstronnego rozwoju i pogłębiania erudycji. Co jednak zostaje, gdy odrzucimy te górnolotne określenia, a skupimy się na ich realnym przełożeniu na stan wiedzy polskich nastolatków? Można wtedy dostrzec zgubność utopijnej wizji, która działa na niekorzyść społeczeństwa, mając wpływ na kształtowanie obywateli uważających, że znają się na wszystkim, ale w rzeczywistości nie posiadających gruntownej wiedzy w zakresie żadnej dziedziny.

Może warto, zamiast skupiać się na public relations, zorientować się, że tak szeroki zakres wiedzy, jaki trzeba zaliczyć w trakcie trzyletniej nauki w liceum, jest niemożliwy do opanowania w stopniu dającym podwaliny w zdobywaniu specjalistycznej wiedzy w przyszłości. Mam na myśli ilość czasu oraz zdolność przyswajania typowego ucznia, pomijam już chęci, a raczej częsty ich brak.

Jeśli chciałabym w najbardziej lapidarny sposób ująć moją opinię na temat zakresu materiału, który należy opanować podczas nauki w liceum, brzmiałaby ona – „utopijna wizja”. Spora część wiadomości była tak bardzo „nieżyciowa”, że pomimo dosyć dobrze rozwiniętego poziomu abstrakcji, nie potrafię sobie wyobrazić jakiejkolwiek korzyści z przyswojenia takiej wiedzy. Jaki wzór ma 2-chloro-1,4- dinitrobenzen, czym się różni bunkier od schronu czy co wydobywa kopalnia w Grasbergu – nie mam pojęcia gdzie sens, gdzie logika?

Realia się zmieniły. Internet daje dostęp do ogromu informacji, co teoretycznie daje nam więcej czasu, by zamiast wykuwać na pamięć ile kilometrów nad ziemią znajduje się stratosfera, skupić się na rozwoju erudycji i poszukiwaniu dziedziny, w zakresie której rozwinięcie się dałoby nam spełnienie.

Czasami można odnieść wrażenie, że system wie, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele. Przykłady można by mnożyć. Zamiast kursu pierwszej pomocy, po ukończeniu którego dostajemy certyfikat, mamy owijanie chustą głowy kolegi. Zamiast technik sprawnego wyszukiwania informacji w Internecie, mamy naukę formatowania tekstów w Wordzie. Zamiast opanowywania języków w sposób dający możliwość komunikacji, mamy wykuwanie zawiłości gramatycznych.

Całe szczęście, że nie samą nauką człowiek żyje. A jeśli to kogoś nie przekonuje, pozostaje humana humane ferenda i pokorna akceptacja rzeczywistości.