Manifest Sapera – Jednomandatowe Okręgi Wyborcze

Akcja „Pluszak” zakończona sukcesem!
22 grudnia 2012
Mariusz Max… Liberał
4 stycznia 2013

Manifest Sapera – Jednomandatowe Okręgi Wyborcze

Kasper Nowak

Tak zwana „demokracja” pozwala nam rokrocznie dokonywać wyborów w swego rodzaju plebiscytach popularności. Witryny internetowe, telewizja, prasa i radio zasypują nas notorycznie konkursami, sondażami i plebiscytami. Dla niektórych jest to wspaniała „frajda” wykazania swojej obywatelskiej postawy, dla innych zaś staje się to męczącą codziennością.

Podobnie dzieje się przy okazji wyborów parlamentarnych i samorządowych. Każde wybory w wolnym kraju, pomimo iż w założeniu stanowią najlepsze świadectwo demokracji, stają się coraz bardziej nudne. Kampania wyborcza, mająca na celu zachęcenie do głosowania na partię czy inne ugrupowanie, de facto odstrasza, stając się coraz bardziej nieudolnym pokazem kuglarskim. Do tego w świecie Internetu i wysoko rozwiniętych mediów każdy może prawie bezkarnie opluwać przeciwnika ogólnikami, nierzadko wyssanymi z palca. Dlaczego tak się dzieje? Bo trudno jest niestety odnaleźć granicę między prawdą a kłamstwem, między merytoryczną krytyką popartą dowodami, a obrazoburczymi wymysłami. Wszystko przez to, że społeczeństwo daje się ogłupiać, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dobrym przykładem są słowa piosenki pt. „Mr. Underground” autorstwa Kamila „Zeusa” Rutkowskiego:

To jak wygląda jutro, zależy głównie od nas.

Jeśli Cię media ogłupią, później Cię kupią za dolca, za grosza.

Historia to nie fakty, to tylko wersja zwycięzców, w świecie manipulacji i nieświadomych, podatnych na to jeńców

Jak się okazuje, każdy z nas może paść ofiarą zbitki informacyjnej, zlepku wiadomości, celowo przesładzanych lub przepełnionych goryczą. Wszystko dlatego, ażeby z łatwością sterować procesami myślowymi odbiorców. Po co? Aby osiągnąć sukces wyborczy. Nie liczą się koszty. Nieistotne jest wiadro pomyj wylane przez zgorzkniałych oponentów. Liczy się wyłącznie zwycięstwo.

Czy naprawdę udało nam się pozbyć monolitu partyjnego?

Urodziłem się jako obywatel kraju zwanego kolokwialnie „Polską Ludową”. W wyniku przemian, które nastąpiły, jak pisał Stanisław Tym w swoim zbiorze pt. „Mamuta tu mam”: „Polska jest teraz jedynym krajem na świecie, który zmienił wszystkich swych sąsiadów (i zwiększył ich liczbę z 3. do 7!)„, jednocześnie nie ruszając się ze swojego geograficznego położenia. To jednak nie jedyne zmiany. Należy także pamiętać o gospodarce, w której „socjalizm totalitarny zmienił się w koncesyjno-etatystyczny„, a także o polityce i administracji, gdzie „biurokracja od czasów upadku komuny rozrosła się trzykrotnie, z tą różnicą, że zamiast jednej stanowiska obsadzają cztery partie, robiące zasadniczo to samo w ramach jednego modelu„. Kazik Staszewski wyrażając w piosence „4 pokoje” swoje emocje dotyczące partii i ich sposobów na polityczne przetrwanie, słusznie zauważa, że „zasadniczo to jest jedna formacja nad wyraz pasożytnicza, takie dwie strony jednej chorągiewki„.

Na pytanie-podtytuł trzeba odpowiedzieć negatywnie. Nie wolno patrzeć na partyjny monolit przez pryzmat monopolu jednej partii. Wszystko, co związane z partią polityczną, bez względu na jej nazwę czy kierunek i poglądy, kierowane jest jedynowładztwem prezesa. Wszystko jedno czy prezesa K., A., S., P., E. czy prezesa R. Nie ma żadnego znaczenia obywatel państwa, tym bardziej niezamieszany w członkostwo w którejkolwiek partii, bo „każden jeden” prezes walczy o to samo. O zdobycie i utrzymanie władzy. Nie byłoby w tym nic złego, czy nawet niezdrożnego, gdyby nie fakt, że po wyborach koszt całościowy dotyka wyłącznie mieszkańców Polski. Tych z regionu miedziowego i tych z zagłębia węglowego. Tych z Pomorza i tych z Warmii. Tych z Poznania i tych z Wrocławia. Kosztem tych, którzy nie należą do partii politycznej i kosztem tych, którzy należą do innej niż ta, która jest akurat właściwa.

Co gorsza, problem pojawia się nie w dniu wyborów, czy nawet w trakcie kampanii wyborczej. Pojawił się raz i trwa. Od czasu uchwalenia obecnej ordynacji wyborczej. Monolit partyjny (w tym wypadku prezes jednej czy drugiej partii) decyduje o tym, kto będzie startował w wyborach. To nie obywatele decydują o tym, na kogo chcą głosować i kogo chcą wybrać. To partie polityczne decydują (a właściwie wybierają) na kogo my, obywatele możemy zagłosować. Potem, kiedy już wszyscy oddamy swoje głosy, wierząc, że posłowie będą nas reprezentować, dostajemy ogromne uderzenie w twarz od rzeczywistości. Okazuje się, że każdy poseł będzie reprezentował tylko swojego Prezesa, swój szyld, swoją partię. Brak możliwości startu w wyborach do Sejmu niezależnych kandydatów, którzy nie chcieli ułożyć się z którąś z partii politycznych powoduje, że brakuje nam niezależnych posłów. Dodatkowo, ilość mandatów poselskich w danym okręgu powoduje, że np. każdy z 12 posłów w okręgu nr 1 (legnicko-jeleniogórskim) nie będzie reprezentantem swoich wyborców, nas. Będzie reprezentantem 800 tysięcy czy nawet miliona wyborców? Nie uda mu się.

Lekarstwo na poprawę sytuacji?

Dlatego uważam, że jedynym rozwiązaniem są jednomandatowe okręgi wyborcze. System, gdzie zdecydowanie mniejsza część wyborców wybiera sobie JEDNEGO przedstawiciela i rozlicza go z jego obietnic przedwyborczych i powyborczych działań na rzecz ich społeczności, regionu i kraju. Wałkowany przeze mnie będzie ten problem jeszcze w wielu wpisach, na wielu blogach i w wielu rozmowach. Uważam jednak, że to ostatnia szansa na naprawę polskiej polityki. Na uzdrowienie chorego organizmu. A takim ewidentnie jest obecny system wyborczy panujący w popeerelowskim kraju środka Europy. Chciałbym – i to jest celem tego wpisu – abyście mogli wyrobić sobie i w sobie poczucie pewności, że głosując na wybranego, konkretnego kandydata nie wysyłacie SMSa, za którego będziecie musieli zapłacić więcej niż się spodziewaliście. Chciałbym też, abyśmy wszyscy mieli okazję rozliczyć z obietnic ludzi, na których głosujemy. Dlatego jestem za wprowadzeniem 460 jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu RP.

Postscriptum, czyli istota rzeczy pospolitej

W ramach postscriptum chcę przytoczyć passus pewnego istotnego dla naszego Narodu, a znanego wyłącznie przez nielicznych, zasadniczego tekstu:

Uznając, iż los nas wszystkich od ugruntowania i wydoskonalenia konstytucji narodowej jedynie zawisł, długim doświadczeniem poznawszy zadawnione rządu naszego wady, a chcąc korzystać z pory, w jakiej się Europa znajduje i z tej dogorywającej chwili, która nas samym sobie wróciła, wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów, ceniąc drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą, egzystencję polityczną, niepodległość zewnętrzną i wolność wewnętrzną narodu, którego los w ręce nasze jest powierzony, chcąc oraz na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń zasłużyć, mimo przeszkód, które w nas namiętności sprawować mogą dla dobra powszechnego, dla ugruntowania wolności, dla ocalenia Ojczyzny naszej i jej granic z największą stałością ducha, niniejszą konstytucję uchwalamy i i; tę całkowicie za świętą, za niewzruszoną deklarujemy, dopóki by naród w czasie prawem przepisanym, wyraźną wolą swoją nie uznał potrzeby odmienienia w niej jakiego artykułu. Do której to konstytucji dalsze ustawy sejmu teraźniejszego we wszystkim stosować się mają„.

Zapytacie po co ten cytat? Przeczytajcie ze zrozumieniem.

Szczęśliwego Nowego Roku!