Kiedy zatańczymy na ulicy? O wolności słowa w ujęciu amerykańskim

Społeczeństwo ukraińskie zawsze było buntownicze
9 grudnia 2013
Nakręć się na pomoc!
12 grudnia 2013

Kiedy zatańczymy na ulicy? O wolności słowa w ujęciu amerykańskim

Adrian Kowalczyk

Czym dla nas powinna być wolność słowa? Wszystkim. Dlaczego? Bowiem jak wolność ekonomiczna zabezpiecza naszą egzystencję w sferze publicznej i prywatnej, tak wolność słowa daje rękojmie prawidłowego funkcjonowania sfery publicznej. Czym więc jest owa przestrzeń? Targiem naszych nadziei i uprzedzeń? Giełdą naszych pomysłów oraz idei?  Czy może przede wszystkim jest bazarem, na którym mądrość i głupota konkurują między sobą o najwyższą cenę? Według mnie, tak jak tylko na wolnym rynku jesteśmy w stanie wybrać najlepszy naszym zdaniem produkt, który zaspokoi nasze potrzeby, dzięki porównywaniu dostępnych ofert, tak tylko dzięki swobodzie przepływu idei i ich wzajemnej konkurencji[1] jesteśmy zdolni zweryfikować wystawione na targ okazy ludzkiego intelektu, pod względem ich przydatności do rozwiązywania naszych życiowych problemów.  

Co się więc dzieje, gdy na wolnym rynku ekonomicznym pojawia się interwencjonizm państwowy? Pod pozorem opieki, szlachetności, bezpieczeństwa uprzywilejowuje się jedne podmioty kosztem drugich. Zamiast „niewidzialnej ręki rynku”, nad którą nie może zapanować nikt, pojawia się „widzialna ręka rządu”, nad którą chce zapanować każdy. Tak samo dzieje się na rynku idei, gdy państwo próbuje chronić swoich obywateli przed niebezpiecznymi, szkodliwymi poglądami. Gdy zamiast wielu umysłów omylnych, pojawia się jeden przekonany o swej nieomylności. W takim to stanie faktycznym – moim zdaniem – znajdujemy się obecnie.

Rzeczpospolita Polska znajduje się raczej bliżej rynku regulowanego niż wolnego. Swoje twierdzenie pragnę poprzeć przykładami z obecnych regulacji prawnych: Konstytucja RP[2] art. 233 ust. 1; art. 13; art. 31 ust. 3  – w których to dochodzi do ograniczenia wolności słowa ze względu na pewne dobra wyższego rzędu. Na regulacji szczeblu ustawy, wolność słowa ogranicza Kodeks Karny[3] (np. art. 135; art. 226; art. 257; art. 256; art. 196). Również przyznawanie koncesji przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji powoduje limitowanie wolności słowa, poprzez dopuszczanie lub niedopuszczanie podmiotów do nadawania sygnału radiowego czy telewizyjnego. Te przykłady potwierdzają hipotezę, że obecny rynek idei jest mocno ograniczany przez państwowy interwencjonizm. Biorąc pod uwagę powyższe, nie budzą mojego zdziwienia ostatnie wrzawy medialne, spowodowane czy to Marszem Niepodległości, czy wypowiedzią Wojciecha Cejrowskiego na temat tęczy z Placu Zbawiciela, czy też ostatnie zawirowania względem „Nie-boskiej Komedii” i jej oryginalną adaptacją na deskach Starego Teatru w Krakowie. W tak regulowanym rynku, gdzie to nie odbiorca decyduje o głupocie czy mądrości danego twierdzenia, lecz określony organ państwowy, nie możemy uniknąć arbitralnych i często niesprawiedliwych decyzji. Z tym większym smutkiem należy przyjąć, że debata publiczna zamiast wybrzmiewać w gmachach telewizji, radia lub na łamach gazet, częściej wybrzmiewa w gmachach sądów. Stwierdzenie to uważam za smutne, ponieważ pamiętać należy o tym, że sfera publiczna rządzi się innymi prawami niż sfera prywatna. Tak też w sporach o idee nie należy stosować środków, które mają chronić dobra osobiste prywatnych osób. Bowiem postępując w ten sposób, nie zostawiamy wolności słowa minimum przestrzeni, w której mogłaby „swobodnie oddychać” w sferze publicznej.

Gdy jednak nie mamy wolnego rynku ekonomicznego, czy możemy się go spodziewać na gruncie idei? Patrząc jednak z nadzieją w przyszłość, zamierzam za kontrapunkt naszego regulowanego rynku obrać rynek o wiele bardziej wolny – zarówno w sferze idei, jak i ekonomi (choć w tym ostatnim punkcie sytuacja wydaje się przybierać negatywny obrót) – mam tu na myśli USA.

Czerpiąc z dotychczasowego dorobku orzeczniczego Sądu Najwyższego USA, pragnę przedstawić pewnego rodzaju rewolucyjny model myślenia o wolności słowa. Wydaje mi się, że poniższe twierdzenia – zawarte często w orzeczeniach tak znamienitego ciała władzy sądowniczej – mogą stać się przyczynkiem do dyskusji, czy jesteśmy już dzisiaj w stanie udźwignąć ciężar wolności. Pamiętać należy o tym, że wolność ta będzie przysługiwała wszystkim, bez względu na wiek i stan umysłowy, płeć, orientacje seksualną, religię, wyznawane poglądy czy zasobność portfela. Czy jesteśmy więc ludźmi odważnymi, którzy są zdolni do swobodnego konkurowania między sobą na rynku idei, czy też jesteśmy tchórzami, obawiającymi się poglądów, które mogą zaburzyć nasz komfort myślenia i postrzegania rzeczywistości? Wszystkich odważnych lub ciekawych zapraszam do dalszej lektury, a wszystkich mniej odważnych zachęcam do przeczytania chociaż treści pierwszej poprawki do Konstytucji USA, która to gwarantuje między innymi wolność słowa: „Żadna ustawa Kongresu nie może wprowadzić religii ani zabronić swobodnego praktykowania jej, ograniczać wolności słowa lub prasy ani prawa ludu do spokojnych zgromadzeń lub do składania naczelnym władzom petycji o naprawienie krzywd[4].

Moim zdaniem bardzo trafnie rozumienie historyczno-filozoficzne pierwszej poprawki odda konkluzja sędziego Brandaisa z sprawy Whitney v California: „Uważali oni (ojcowie założyciele) wolność za sekret szczęścia, odwagę zaś za sekret wolności. Uważali swobodę posiadania dowolnych poglądów oraz mówienia tego, co się myśli, za niezbędną podstawę odkrywania i szerzenia politycznych prawd. Sądzili, że bez wolności wypowiedzi i zgromadzeń jakakolwiek dyskusja byłaby daremna; że wówczas, gdy wolności te są zagwarantowane, sama dyskusja stwarza zazwyczaj wystarczającą ochronę przed rozpowszechnianiem szkodliwych doktryn; że największym zagrożeniem dla wolności jest apatyczny naród; że dyskusja publiczna jest obowiązkiem politycznym; i wreszcie, że powinno to stanowić podstawową zasadę amerykańskiego systemu rządzenia”. Sędzia Brandeis wskazywał, „że porządku nie może zagwarantować sam tylko strach przed karą za tego porządku naruszenie; że niebezpieczne jest odwodzenie ludzi od myślenia, nadziei i wyobraźni; że strach rodzi represję; że represja rodzi nienawiść; że nienawiść zagraża stabilności rządów; że bezpieczna droga to droga swobodnej dyskusji nad domniemanymi żalami i proponowanymi środkami zaradczymi; i wreszcie, że właściwą obroną przed złymi doradcami są dobrzy doradcy”[5].

Istotną wypowiedzią, która pomoże nam zrozumieć filozofię wolności słowa w USA, jest sprawa Abrams v. United States, w której to sędzia O.W. Holmes w votum separatum sprzeciwił się podtrzymaniu przez Sąd Najwyższy USA wyroku 20 lat więzienia dla kilku rosyjskich anarchistów, którzy rozrzucili w Nowym Jorku parę tysięcy ulotek wzywających do strajku generalnego w celu wstrzymania produkcji broni dostarczanej przez Amerykę siłom walczącym z bolszewikami w Rosji. „Twierdzi się, że manifest ten był czymś więcej niż tylko teorią; że stanowił podżeganie. Lecz podżeganiem jest każda idea: można w nią uwierzyć, a gdy się to stanie, służy ona jako podstawa  działania, chyba że pokona ją jakaś inna idea lub też w momencie jej narodzin zabraknie energii, by mogła się rozprzestrzeniać. Jedyną różnicę pomiędzy wyrażaniem poglądu i podżeganiem stanowi przejawiany przez mówiącego entuzjazm wobec spodziewanego wyniku. Elokwencja potrafi rozpalić umysł. Jeśli na dłuższą metę poglądom o potrzebie dyktatury proletariatu jest przeznaczone uzyskanie akceptacji dominujących sił społecznych, to jedyny sens wolności wypowiedzi zasadza się w tym, by przekonaniom tym dać szansę i pozwolić działać”[6].

Ostateczny triumf wolności słowa nastąpił w 1969 roku, kiedy to Sąd Najwyższy USA w wydanym wówczas orzeczeniu w sprawie Brandenburg v. Ohio (sprawa tyczyła się jednego z liderów Ku Klux Klanu, który za wygłoszenie na zlocie członków swej organizacji mowy, w której domagał się odesłania Murzynów do Afryki, a Żydów do Izraela, oraz zagroził rządowi zemstą „jeśli, biała, kaukaska rasa będzie nadal uciskana”, został skazany na karę 10 lat więzienia na podstawie przepisu uznającego za przestępstwo „głoszenie lub nauczanie o obowiązku, konieczności lub właściwości przemocy, przestępstwa, sabotażu lub bezprawnych metod terroryzmu jako metody doprowadzenia do zmian politycznych lub przemysłowych”. Sąd Najwyższy uznał, „że władze nie mogą zakazywać nawet takich wypowiedzi, które propagują przemoc lub inne czyny sprzeczne z prawem – chyba, że celem jakiejś konkretnej wypowiedzi jest natychmiastowe wzniecenie bezprawnych czynów i w sytuacji, w jakiej inkryminowana wypowiedź miała miejsce, istniało rzeczywiste niebezpieczeństwo spowodowania takich czynów”[7]. Jeszcze dalej poszedł William O. Douglas w swojej opinii zbieżnej, w której to proponował takie oto kryterium ograniczenia wolności słowa : „mowy połączonej z działaniem[8](speech brigaded with action) – według tego kryterium tylko takie nawoływanie do popełnienia przestępstwa byłoby karane, które prowadziłoby do co najmniej próby dokonania zakazanego prawem czynu.

Nic też dziwnego, że Sąd Najwyższy USA odrzuca obecnie pogląd, że władze mogą zakazać pewnych wypowiedzi z tego tylko powodu, że słowa te mogą w jakiś pośredni sposób przyczynić się do popełnienia przez ich odbiorców przestępczych czynów. „Sama skłonność wypowiedzi do zachęcania do bezprawnych czynów nie jest wystarczającym powodem do tego, aby ich zakazać. Rząd nie może w sposób konstytucyjny opierać legislacji na tym, że czymś pożądanym jest kontrolowanie prywatnych myśli (podległych mu) osób. Zagwarantowane w I Poprawce do Konstytucji swobody są w największym niebezpieczeństwie wówczas, kiedy rząd stara się kontrolować myśli, lub usprawiedliwia stanowione przez siebie prawa dążeniem do tego niedopuszczalnego celu. Prawo do myślenia jest początkiem wolności i mowa musi być chroniona przed rządem, gdyż mowa jest początkiem myśli. (…) Aby chronić te wolności i chronić mowę ze względu na nią samą, Sąd, w rozpoznawanych w oparciu o I Poprawkę sprawach dokonuje zasadniczego rozróżnienia między słowami a czynami, między ideami a zachowaniem. (…) Rząd nie może zakazać wypowiedzi z tego powodu, że zwiększa ona szansę na to, że nielegalny czyn zostanie dokonany w jakimś nieokreślonym, przyszłym czasie” – pisał sędzia Sądu Najwyższego USA Anthony Kennedy, uzasadniając unieważnienie w oparciu o I Poprawkę ustawy zabraniającej tzw. „wirtualnej pornografii dziecięcej” – tj. takich „seksualnie wyrazistych” wizerunków osób poniżej 18 roku życia, które nie przedstawiają rzeczywistych ludzi, ale są czystym produktem wyobraźni ich twórców (np. są tworzone za pomocą komputera).[9]

Biorąc pod uwagę, że obecnie Konstytucja RP zakazuje propagowania pewnych poglądów, w szczególności faszystowskich i komunistycznych, należy zapytać czy takie postawienie sprawy jest słuszne? Możemy w tym momencie odnieść się do poglądu wyrażonego przez sędziego Duglasa w sprawie Dennis v. USA: „…te książki (mowa o Manifeście Komunistycznym i innych dziełach komunistycznych) są dla komunizmu tym samym czym >Mein Kampf< dla ideologii nazistowskiej. Jeżeli zostaną zrozumiane, cała brzydota komunizmu zostanie ujawniona, na jaw wyjdzie oszustwo i chytrość tkwiąca w tej ideologii, natura działań mu właściwych stanie się oczywista, przez co szanse na odniesienie sukcesu staną się dużo mniejsze”[10]. Jak możemy więc zauważyć, sędzia Duglas uznał, że lepiej będzie gdy głupota pewnych poglądów wybrzmi, aniżeli miałaby być ona usuwana w cień życia publicznego; dzięki temu same te poglądy upadną pod naporem własnego oszustwa i ohydy.

W orzeczeniu New York Times v Sulivan – w gazecie umieszczono informacje, które w sposób nieścisły opisywały postępowanie urzędnika policji w Montgomery – urzędnik odpowiedzialny za służby mundurowe w mieście uznał, że ten artykuł go zniesławia i pozwał gazetę, a sądy niższych instancji przysądziły mu odszkodowanie w wysokości 500 000$. Pogląd taki jednak odrzucił SN USA, gdzie w opinii większości, autorstwa sędziego Williama J. Brennana, możemy przeczytać: „Rozpatrujemy tę sprawę na tle całkowitej w naszym kraju aprobaty dla zasady, wedle której debata na tematy publiczne powinna być swobodna, żywa i otwarta, przy czym dopuszcza się gwałtowne, uszczypliwe, a niekiedy wręcz nieprzyjemne i ostre ataki na władzę i funkcjonariuszy publicznych[11]”.

Dalej Sąd Najwyższy podsumował zakres ochrony takich wypowiedzi: „…gwarancje konstytucyjne prowadzą nieuchronnie do reguły zakazującej przyznawania funkcjonariuszowi publicznemu odszkodowania z racji fałszywej, oszczerczej wypowiedzi związanej ze sprawowaniem przezeń urzędu, chyba że funkcjonariusz zdoła wykazać, iż wypowiedź ta została wygłoszona w „oczywiście złym zamiarze” (actual malice), co oznacza, że jej autor albo wiedział, że jest fałszywa, albo był oczywiście lekkomyślny co do jej prawdziwości bądź fałszu[12]. W niedługim czasie zasadą tą objęto również osoby, które nie zajmowały co prawda stanowiska publicznego, ale na forum publicum prezentowały swoje poglądy. Możemy więc podsumować, że wolność słowa ma być w pierwszej kolejności tarczą chroniącą nas przed nadużyciami władzy godzącymi w podstawowe prawa, o których opinia publiczna powinna się dowiedzieć, nawet z naruszeniem czyichś dóbr osobistych.

Równie interesująca, ze względu na przeprowadzone rozumowanie, wydaje się orzeczenie, które zapadło w sprawie Cohen v. California z 1971 r. Jej kanwą było to, że Paul Robert Cohen, 19-letni mieszkaniec Los Angeles, został skazany na 30 dni aresztu za to, że pojawił się na korytarzu miejscowego sądu w kurtce z napisem „fuck the draft”, czyli „pierdolić pobór do wojska” (rzecz ta miała miejsce w czasie wojny wietnamskiej). Sąd Najwyższy USA uchylił wyrok w jego sprawie, uznając, że : „napis na jego kurtce nie stanowił <<napaści słownej>>, ponieważ nie był adresowany do żadnej konkretnej osoby”. Odrzucił też tezę, że karalność zachowania Cohena usprawiedliwiona była tym, że ludzie obecni na korytarzu sądowym byli narażeni na czytanie wulgarnego napisu wbrew swojej woli („coś takiego byłoby dopuszczalne tylko wówczas, gdyby ich prywatność była naruszana w zasadniczo niedopuszczalny sposób – w zaistniałej sytuacji mogli się po prostu popatrzeć w inną stronę, jeśli napis ich raził”), lub tym, że napis ten mógł sprowokować niektórych ludzi do gwałtownej reakcji. Jak dalej bowiem wywiódł Sąd Najwyższy: „jakkolwiek bowiem mogą się zdarzyć osoby, które w podobnej sytuacji nie będą umiały zapanować nad nerwami i posuną się do fizycznej napaści na osobę ubraną w kurtkę z wulgarnym napisem, to jednak sama obawa przed czymś takim nie jest dostatecznym powodem do ograniczenia wolności słowa. Argument, że ktoś taki <<jak Cohen>> powinien zostać ukarany z tego powodu, że czasem mogą się znaleźć jacyś ludzie, którzy zareagują na jego zachowanie przemocą, byłby równoznaczny z samoobalającą się propozycją, że w celu uniknięcia fizycznego cenzurowania kogoś nie usiłującego wywołać takiej reakcji, przez hipotetyczną koterię osób gwałtownych i łamiących prawo, czymś właściwym jest, by władze stanowe same stosowały cenzurę”[13]. Moim zdaniem to ostatnie orzeczenie świetnie wpisuje się w obecną dyskusję nad organizowaniem imprez masowych i lękiem niektórych środowisk o ich przebieg. Bowiem czy słuszne jest zakazywanie przemarszów, pochodów i parad tylko z tego względu, że mogą się one spotkać z nieprzychylnością lub wrogością? Czy z tego względu powinniśmy zakazywać jakichkolwiek manifestacji naszych emocji, idei czy też poglądów? Czy bezpieczeństwo ma zastąpić wolność ?

Podsumowując, możemy zauważyć odmienne podejście sądów amerykańskich do zagadnienia wolności słowa, aniżeli ma to miejsce na gruncie prawa europejskiego i polskiego. Wydaje się za trafne stwierdzenie, że Amerykanie upatrywali w wolnym rynku idei zabezpieczenia przed rządami dyktatorów i krwawych reżimów. W kulturze amerykańskiej odrzucono pomysły tworzenia prawnych instrumentów, które mogłyby stanowić broń przeciw wrogom republiki na polu wyrażania poglądów z tego to powodu, że jak wszelka broń może być użyta zarówno do dobrego jak i złego celu. Stąd też strach przed tym, aby nie dopuścić do takiej sytuacji, gdzie stworzy się narzędzia umożliwiające wzajemne się kneblowanie stron sporu ideologicznego, w zależności od tego, kto wygra nadchodzące wybory.

Drugim znakomitym argumentem za wolnym rynkiem idei niech będzie fakt, że pozwalając na wyrażanie wszelkich poglądów od prawa do lewa, z łatwością możemy odkryć swoistą busolę, która będzie wskazywała poglądy najbardziej głupie, ohydne i niedorzeczne. Dzięki takiemu posunięciu, będziemy doskonale widzieć w jaką stronę nie zmierzać. Rozważanie to można zamknąć w jednym ze znanych powiedzeń: „Bowiem jeżeli zabronisz głupcowi mówić głupoty, to skąd będziesz wiedział co jest głupotą?”. Ciekawym, lecz nie podjętym na gruncie prawa polskiego, jest problem „przestrzeni, w której wolność słowa może swobodnie oddychać”  – dostrzeżono bowiem zależność takiego rodzaju, że osoba wchodząca w sferę publiczną musi się liczyć z ograniczeniem własnych dóbr osobistych z racji tego, że jest osoba publiczną i wykonuje funkcję publiczną, dlatego też musi liczyć się z uwagami krytycznymi, nawet nieprzyjemnymi, a wręcz obraźliwymi. Powodem tego – jak mi się wydaje – jest przypuszczenie, że określony podmiot działający w takiej sferze nie występuje jedynie pod własnym nazwiskiem, ale pod szyldem reprezentowanych przez siebie poglądów i szerszych grup społecznych, dlatego też często atakując urzędnika państwowego nie atakujemy konkretnej osoby, ale rząd do jakiego przynależy, idee jakie reprezentuje, lub partie której jest członkiem. Dlatego też uważam, że obecne rozwiązania prawne nie do końca oddają ducha demokratycznego państwa prawnego/republiki. Jak bowiem nazywa się sprawujących władzę, którzy karzą ludzi za wyrażanie swych poglądów względem rządzących?

Wierzę w to, że jak kiedyś mógł rozpocząć się „taniec na ulicach”[14] w USA, tak i u nas w końcu dojdzie do swoistego karnawału wolności w RP. Pytanie tylko, kiedy?

Mam nadzieje, że zainteresowałem Państwa tematyką wolności słowa i jej rozumienia na gruncie prawa amerykańskiego. Odsyłam w przypisie do stron[15], gdzie można znaleźć wiele ciekawych zagadnień prawnych z sytemu prawnego USA. Jestem też ciekaw opinii na temat przedstawionych przeze mnie orzeczeń i poglądów w nich wyrażonych. Czy uważacie Państwo, że taki model pojmowania swobody wyrażania poglądów sprawdziłby się w realiach polskich? Czy moje widzenie omawianego problemu jest słuszne?


[1] Odwołuję się tu do konstrukcji wolnego rynku idei, zaprezentowanej przez sędziego Olivera Wendella Holmesa – sprawa Abrams vs. USA.

[2] Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. (Dz.U. 1997 nr 78 poz. 483).

[3] Ustawa z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks Karny (Dz.U. 1997 nr 88 poz. 553).

[5]Łukasz Machaj; Wypowiedzi symboliczne w orzecznictwie Sądu Najwyższego USA; ; Prawnicza i Ekonomiczna Biblioteka Cyfrowa; 2011 str. 208-215.

[9] Czy wolność słowa w USA jest zagrożona? Refleksja nad niedawnym (maj 2008) orzeczeniem amerykańskiego Sądu Najwyższego http://bartlomiejkozlowski.eu.interiowo.pl/usvwilliams.pdf

[10] http://www.law.cornell.edu/supct/html/historics/USSC_CR_0341_0494_ZS.html

[11] Jacek Skrzydło, Wolność słowa w orzecznictwie Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Analiza porównawcza ; Adam Marszałek str. 505- 510.

[12] Ibidem.

[14] Sformułowanie to odnosi się do stwierdzenia Alexandra Meiklejohna : „ czas na taniec na ulicy” – wypowiedz ta padła po orzeczeniu New York Times v. Sullivan (H.Kalven, The New York Times Case: A Note on the „Central Meaninig of the First Amendment”, 1964 S.Ct.Rev., 221).

[15] W szczególności polecam wpisy pana Bartłomieja Kozłowskiego np. tu http://kozlowski.salon24.pl/ – które w ciekawy sposób przedstawiają problematykę wolności słowa; W wersjach książkowych polecam w szczególności książki dr hab. Łukasza Machaja oraz dr Jacka Skrzydło, obaj panowie w sposób przystępny analizują system prawny USA pod względem standardu wolności słowa, odnosząc się również do uregulowań normatywnych w Europie i USA.