Czerwień flagi i czerń swastyki. Socjalizm a nazizm.

Przykład idzie z góry
28 listopada 2013
Prawdziwa „Księga Zasług” Wojciecha Jaruzelskiego – dodatek do „Gazety Polskiej”
4 grudnia 2013

Czerwień flagi i czerń swastyki. Socjalizm a nazizm.

Krzysztof Adamaszek

Rzekomy prawicowy charakter nazistowskiego totalitaryzmu w Niemczech został nam na tyle trwale wpojony, że nie tylko przedstawiciele obecnej lewicy reagują co najmniej zmrużeniem oczu, gdy ktoś ten fałszywy aksjomat podważa. Idąc krok dalej, czyli przypominając o lewicowych konotacjach narodowego socjalizmu, można narazić się na oburzenie części politycznie zaangażowanych rozmówców o wiadomych sympatiach. To dziwne, że modni dziś „antyfaszyści”, którzy zwykli potępiać wszystkie zjawiska posiadające w swej nazwie człon „narodowy” (czasem nie wyłączając takich „ksenofobicznych” instytucji jak np. Teatr Narodowy), nie dostrzegają w innej nazwie hitleryzmu tak bliskiego im wyrazu „socjalizm”. No tak, w końcu „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”, jak to mawiał pewien socjalista.

By nie popadać w skrajność, warto zaznaczyć, że jednoznaczne usytuowanie nazizmu na palecie ideologicznej nie jest możliwe. System ten wydaje się jeszcze bardziej niż faszyzm włoski wymykać tradycyjnym kryteriom (jako synkretyczny w swej istocie twór). Współczesna nauka coraz częściej dostrzega te złożoności – większość podręczników akademickich dla faszyzmu, nazizmu i bolszewizmu przewiduje osobny rozdział pod tytułem „Totalitaryzmy”. Taka systematyzacja już na pierwszy rzut oka jest umowna – nie mamy wątpliwości co do lewicowego charakteru marksizmu-leninizmu, a i nadpadański Duce głosił syndykalizm państwowy. Pozostawiając z boku te dwie (a przynajmniej tą drugą) dewiacje polityczne, wróćmy do idei III Rzeszy: jaka w końcu była jej natura? Najlepiej zacząć od źródeł.

Geneza. Władcy marionetek i (nie)winni czarodzieje

Od połowy XIX wieku, na fali entuzjastycznie przyjmowanej idei zjednoczenia się wszystkich państw niemieckich, zaczęły pojawiać się pewne tendencje światopoglądowo-naukowe. Z jednej strony były idee darwinizmu społecznego, połączonego z pseudonaukowym rasizmem spod znaku Houstona Chamberlaina czy Antoine’a de Gobineau, które na specyficznym gruncie teutońskim nabrały dziwnych barw. Drugą stronę należy łączyć z rodzimym renesansem kulturowym Niemców – mowa tu o neoromantycznych ruchach pokroju volkistowskich organizacji wędrownych; niewinne grupy kulturalno-krajoznawcze szybko stały się podstawą do tworzenia irracjonalistycznych i okultystycznych sekt rasistowsko-antysemickich (Zakon Germanów, Towarzystwo Artamanów, Zakon Nowych Templariuszy, i wiele innych). Z połączenia tych dwóch nurtów pojawiły się idee „krwi i ziemi” (Blut Und Boden), czy choćby osławione Towarzystwo Thule, powiązane z przyszłym środowiskiem NSDAP.

W powyższym streszczeniu trudno dojrzeć choćby cień socjalizmu. Przecież XIX-wieczna lewica kojarzy się raczej z antyrasizmem, ruchem robotniczym, czy też odrzuceniem motywacji narodowych. Co więcej – przedstawione w poprzednim akapicie prądy myślowe już wtedy jednoznacznie kojarzono z reakcją. Czyżby więc litera „s” jak „socjalistyczna” w skrótowcu NSDAP pojawiła się rzeczywiście przez przypadek – i obecna lewica ma rację? Zweryfikujmy te niejasności przyglądając się samej partii narodowosocjalistycznej w jej powijakach.

Wiosną 1918 roku awanturnik Rudolph von Sebottendorff (imię, nazwisko i przedrostek szlachecki uzurpowane) założył w Monachium swego rodzaju oddział Germanenorden (Zakonu Germanów) – okultystycznej i antysemickiej organizacji. Decyduje się odciąć od prawicowych konotacji nazwy sekty-matki (w obawie przed socjalistami), zmieniając nazwę swego stowarzyszenia na Thule Gesellschaft (Towarzystwo Thule; Thule miała być legendarną wyspą na krańcach północnego świata) i przyjmując swastykę jako jego symbol. Członkowie tej „loży”, jako typowi reakcjoniści, czynnie angażowali się w walkę z komunizmem Bawarskiej Republiki Rad. Jednak w 1919 roku von Sebottendorff, dostrzegając potencjał mas robotniczych, wyszedł do nich z ofertą i przyczynił się do założenia DAP – Deutsche Arbeiterpartei (Niemiecka Partia Robotników). Nie odnosiła ona początkowo spektakularnych sukcesów. Po roku konspiracyjnego funkcjonowania partii pojawia się w niej Adolf Hitler (jako wojskowy konfident) i szybko przejmuje stery DAP. Marginalizuje dotychczasowych przywódców – Drexlera i Harrera i wyprowadza stronnictwo z „podziemia”.

Przyszły Fuhrer często krytykował tajny i sekciarski charakter partii oraz stojącego za nią Towarzystwa Thule. Marzyła mu się partia masowa, a nie elitarny zakon. Będąc za młodu wiedeńczykiem, podziwiał potencjał ludzki partii socjaldemokratycznej. W przeciwieństwie do garstki dziwaków i bezideowych robotników myślał kategoriami nie reakcyjnymi, lecz raczej rewolucyjnymi. Marzył mu się zryw narodu, z określonym celem i wrogiem, co miało być zwieńczone stworzeniem nowego, lepszego świata – poprzez walkę. Bynajmniej nie chodziło mu o restytucję tradycyjnych wartości i podstaw kulturowych. To właśnie to rewolucyjne myślenie, takie postrzeganie praktyki politycznej i wyraźne potępienie dotychczasowych stosunków społecznych przyczyniło się do dodania do nazwy partii słowa „narodowo-socjalistyczna”. Nie bez powodu nastąpiło to już pod zarządem i nadzorem Adolfa Hitlera.

„Czarny front”

NSDAP szybko urosło na znaczeniu w lokalnym środowisku politycznym – przede wszystkim dzięki ustosunkowanej postaci kapitana Ernsta Rohma, powiązanego z paramilitarnymi Freikorpsami, jak również w następstwie efektownych wystąpień Hitlera. Fuhrer (ten tytuł przyjął już jako lider ugrupowania) zaczął przyciągać do partii ludzi takich jak wspomniany oficer Rohm – o lewicowych preferencjach gospodarczych i społecznych. Jego weterani bojówek nacjonalistycznych szybko zostali przekuci w nową formację – Sturmabteilungen (SA), którą niepodzielnie władał Rohm. Zajmowała się ona ochroną wieców i bójkami ulicznymi z oponentami politycznymi.

Partia, zgodnie z nową nazwą, przybrała ściśle rewolucyjno-narodowy charakter. Krytykowała burżuazję i kapitalizm, utożsamiając te pojęcia z żydowską finansjerą. Oprócz Ernsta Rohma, który był człowiekiem czynu, stricte socjalistyczny nurt w stronnictwie reprezentowali bracia Strasserowie: Otto i Gregor. Ten drugi był bliskim przyjacielem Hitlera, który wstąpił do NSDAP jeszcze w 1920 roku. Aż do 1923 roku nie dochodziło do tarć ideologicznych między nazistami; co więcej, panowała wśród nich niemal jednomyślna doktrynalna zgodność. Wszystko zmienił pucz monachijski. Bracia Strasserowie uniknęli wyroków i kontynuowali działalność, zrzeszając pozostawionych bez przywództwa narodowych socjalistów, podczas gdy Adolf Hitler i wielu jego stronników pozostawało w więzieniach. „Strasseryści”, jako ideowi socjaliści narodowi, skupili się na nacjonalistyczno-lewicowej agitacji wśród robotników. Przenosząc swój sztab na północ, do Nadrenii, wyprowadzili lokalną bawarską organizację na arenę ogólnokrajową. I pozyskali szereg anty-internacjonalistycznych działaczy socjalistycznych, między innymi doktora Josepha Goebbelsa.

Ten płodny dziennikarz już w okresie młodzieńczym określał siebie jako rewolucyjnego antykapitalistę i antyklerykała. Tacy ludzi byli przyjmowani do partii nazistowskiej z otwartymi ramionami – szczególnie jeśli wyznawali przy tym zwierzęcy antysemityzm (wbrew pozorom to trzecie uprzedzenie często nie wykluczało pierwszych dwóch fobii). Goebbels szybko stał się prawą ręką Strasserów, przodującym w słownych atakach na Żydów, burżujów i księży. Nie był jedynym przyszłym prominentem w ówczesnym środowisku lewicy NSDAP; adiutantem Strassera był nie kto inny, jak Heinrich Himmler, kojarzony raczej z „okultystyczną” frakcją partii. Jak widać, trudno było w tej radykalnej partii o jakichkolwiek konserwatystów czy innych reprezentantów tradycyjnej prawicy – nawet fani germańskich run i mistyki mieli socjalistyczne zacięcie doktrynalne.

Konflikt Strasserów z Hitlerem rozgorzał, moim zdaniem, nie tyle ze względów ideowych, co personalnych. Względy doktrynalne wykorzystano w tym przypadku w czysto instrumentalny sposób, by uzasadnić swoje „pretensje do tronu”. Bracia, pod nieobecność dyktatorskiego przywódcy NSDAP, przejęli de facto rządy w partii. Gdy ich były przyjaciel Adolf wyszedł w grudniu 1924 z więzienia, jedna i druga strona wiedziała, że nadszedł punkt kulminacyjny jeśli idzie o przejęcie sterów ugrupowania. Strasserowie, mając ku temu więcej środków, zadziałali pierwsi: w 1925 roku zwołali zebranie stronnictwa w Hannowerze, na którym przeforsowali nowy, jeszcze bardziej socjalistyczny program niż oryginalny z roku 1920. Wysłannik ledwo co uwolnionego Hitlera, wraz z jego jedynym sprzymierzeńcem (choć zadeklarowanym socjalistą) Robertem Ley’em, nie mogli nic przeciw temu zrobić. Najzagorzalszym wrogiem dotychczasowego Fuhrera był przyszły minister propagandy Goebbels, który zaatakował go, co może się nam nie mieścić w głowach, następującymi słowami: „W tych okolicznościach stawiam wniosek, by z NSDAP wykluczyć drobnomieszczanina (!) Adolfa Hitlera!”.

Tenże Adolf Hitler również postanowił działać natychmiast. Sprzeciwił się lewicującemu „strasseryzmowi”, opowiadając się za większym wsparciem programowym klasy średniej. Oparł się na większości towarzyszy więziennych i monachijskiej kolebce organizacji. Rozłam w partii stał się faktem. Do konfrontacji miało dojść na zwołanej w celu reintegracji nazistów konferencji w Bambergu. Tyrolczyk przybył tam z przewagą liczebną – między innymi ze Streicherem i… trzema automobilami z bojówkarzami, podczas gdy „północ” reprezentowali praktycznie jedynie Gregor Strasser i Goebbels. Hitler porwał salę swym przemówieniem. Niespodziewanie poparł go tchórzliwy towarzysz Gregora, wyrzekając się swych wcześniejszych poglądów. Od tej pory dr Joseph, popierany przez Fuhrera, piął się w górę w NSDAP, a potem w rządzie. Warto nadmienić, że większość „północnych” socjalistów, po samokrytyce, również zrobiło kariery w III Rzeszy – co tylko potwierdza ambicjonalne podłoże konfliktu hitlerowsko-strasserowskiego. Socjalizm nadal był mile widziany w omawianej „prawicowej” partii.

Sami Strasserowie nie rozstali się ze stronnictwem, nadal współpracując z Hitlerem. Zamrożone animozje odżyły w latach 1930-32, gdy zubożałe NSDAP dochodziło do siebie po nieudanych wyborach. Fuhrer zdecydował się na sojusz z finansjerą i przemysłem (w postaci finansistów Schachta i Thyssena). Bracia ogłosili wówczas przywódcę narodowego socjalizmu „pachołkiem kapitalizmu”, domagając się zainicjowania społecznej rewolucji w Niemczech. Do takiego momentu musiało dojść – dla Adolfa Hitlera priorytetem od zawsze była władza i siła, dla Strasserów zaś rewolucja. Potencjalni sojusznicy tych drugich, Rohm i jego SA, powoli tracili swój rewolucyjny impet na rzecz zdyscyplinowanego SS (Schutzstaffeln) z Himmlerem na czele. Radykalny Otto na łamach swych gazet zaczął lansować hasło: „socjaliści opuszczają NSDAP”, do którego się zastosował. Gregor pozostał w partii – Hitlerowi udało się rzucić pomiędzy braci kości niezgody, co próbował uczynić już od dawna. Otto utworzył „opozycyjne” ugrupowanie narodowo-socjalistyczne: „Czarny Front”. Do największych starć „brunatnych” nazistów z „czarnymi” nazistami dochodziło w następnych latach w Berlinie i w Gdańsku, wygrywanych zawsze przez tych pierwszych. Po przejęciu władzy przez Hitlera w Niemczech, Otto Strasser opuścił kraj. Gregorowi pozostanie w NSDAP nie opłaciło się: Pomiędzy rozmowami koalicyjnymi w 1932, za namową Goebbelsa, Fuhrer uznał go za zdrajcę, po czym wyrzucił go z partii. Niespełna dwa lata później Gregor Strasser został pojmany podczas tzw. nocy długich noży i (podobnie jak Ernst Rohm) stracony – wykonawcą rozkazu był jego były adiutant Heinrich Himmler, a bezpośrednio dokonali tego osławieni Reynhard Heydrich i Teodor Eycke.

Analiza. Lenin, Stalin, Hitler i Goebbels

Wydawałoby się, że po 1934 roku skończyła się epoka socjalistów w NSDAP. To jednak nie do końca prawda. Nie chodzi tu nawet o fakt, iż 90% „socjal-nazistów” robiło kariery do końca 1945 roku (im bliżej końca Tysiącletniej Rzeszy, tym większe). Warto raczej skupić się na praktyce władzy i podłożu wielu posunięć hitlerowców.

„Niektóre narody są nosicielami postępu, inne nie. Ponieważ są one kontrrewolucyjne, muszą przepaść w rewolucyjnej masakrze, która nastąpi niebawem. Socjalistyczna rewolucja pozostawi niektóre ludy tak daleko w tyle za awangardą postępu, że nigdy nie będą w stanie jej dogonić. Skoro nie rozwinęły one kapitalizmu w kapitalistycznej erze, socjalizm wyprzedzi je na tyle, że będą bezpowrotnie stracone. Stanowią one Volkerabfall, rasowe odpadki i przeznaczeniem ich jest zniknąć z powierzchni ziemi wraz z nastaniem nowego socjalistycznego porządku. Ludobójstwo jest w takim rozumieniu postępowe”. Tak pisał nie kto inny, jak Fryderyk Engels po Wiośnie Ludów na Węgrzech. Do Volkerabfall zaliczał na przykład szkockich górali i bośniackich Serbów. Jak widać, zwulgaryzowany darwinizm społeczny penetrował dogłębnie i socjalizm, który ze swej istoty przyciągał różne „pseudo-teorie”.

Ktoś powie, że przecież NSDAP, a szczególnie Hitler, deklarowali jawną nienawiść do marksizmu i ZSRR. Czy w tej krytyce skupiali się jednak jakoś szczególnie na społecznych i gospodarczych aspektach socjalizmu? Podstawową sprawą, która pozwoliła Hitlerowi i jego poplecznikom uznać komunizm (obok narodu żydowskiego, masonów i kościoła) za główne zagrożenie dla świata, było internacjonalistyczne i antynarodowe oblicze tych idei. Warto też zwrócić uwagę na ewolucję poglądów Fuhrera odnośnie Rosji Radzieckiej pod wodzą Stalina. Gdy wszystko wskazywało na porozumienie z ZSRR w 1939 roku, Adolf Hitler silił się nawet na pochwały stalinowskiej wersji komunizmu. Uważał, że wraz z ideą tworzenia „socjalizmu w jednym państwie” Rosja weszła na dobre tory, odsuwając od rządów i z życia publicznego Żydów-internacjonalistów. Ponadto według niektórych relacji miał przyznawać się poufnie współpracownikom do inspiracji marksizmem jeszcze w 1934 roku.

Nawet jeśli to tylko polityczna retoryka w obliczu paktu Ribbentrop-Mołotow – pójdźmy za tokiem rozumowania lidera III Rzeszy i prześledźmy losy rewolucji w Rosji. Na początek warto obalić mit, który zdawał się uznawać też Hitler, mówiący o tym, że to Stalin wypaczył prawdziwy, leninowski komunizm. Nic bardziej mylnego. Jedni z największych znawców tematu, profesorowie Richard Pipes i Simon Sebag Montefiore, nie mają wątpliwości, iż stalinizm jest bezpośrednią i logiczną kontynuacją leninizmu. Chodzi oczywiście z jednej strony o przejęcie od Lenina czy Trockiego i rozwinięcie na dziesięciokrotnie wyższą skalę krwawych czystek w różnych kręgach społecznych, a z drugiej o rozwinięcie chorego systemu kołchozów, sowchozów i innych komunistycznych instytucji.

Internacjonalizm rosyjskich socjalistów miał różne odcienie. Skupiając się na dwóch głównych nurtach zwących się na początku socjaldemokratycznymi – mowa o mienszewikach i bolszewikach – możemy dostrzec te wcale nie subtelne różnice. Upraszczając nieco: ci pierwsi uchodzili za mniej radykalnych w swych koncepcjach odnośnie praktyki działań, także po wyczekiwanym przez nich hipotetycznym przejęciu władzy. Nie wykluczało to absolutnie idei czynnej rewolucji i eliminacji pewnych grup ludności – nie chodziło jednak o ogólnorosyjską skalę (jak przynajmniej można mniemać). Internacjonalizm rozumieli jako ponadnarodowe ruszenie proletariuszy we wszystkich krajach, w sposób oddolny, oraz oddanie wszędzie władzy w ręce Rad Robotniczych. Większość w tej frakcji stanowili przedstawiciele narodów innych niż Rosjanie (Żydzi, Gruzini, Polacy); skupiali się na debatach intelektualnych, odbywających się najczęściej w kawiarniach, czym zaskarbili sobie politowanie ze strony ich oponentów – czynnych i pragmatycznych bolszewików.

Bolszewicy opowiadali się za odrzuceniem przeintelektualizowanych debat na rzecz samego „przeżywania” rewolucji. Uznawali się za jedyną grupę zdolną rządzić państwem komunistycznym – odgórnie, a więc sprzeciwiając się de facto idei „władzy rad”. Przewidywali bardzo duże czystki „antyreakcyjne” (które, jak się okazało, objęły nie tylko szlachtę, burżuazję, ale i zwykłych mieszkańców wsi). Lenin, tak jak jego mienszewiccy oponenci, opowiadał się za światową rewolucją – nie wykluczał przy tym jej wprowadzenia siłą w państwach sąsiednich (tak też miał uczynić, atakując między innymi II Rzeczpospolitą; przejął tą „metodę” później Stalin), konsekwentnie uznając, że powinna rządzić partyjna „awangarda proletariatu”. W przeciwieństwie do mienszewików, w szeregach frakcji bolszewickiej większość stanowili „Wielkorusini” (ponad 50% Rosjan, dużą część reszty stanowiły inne narody wschodniosłowiańskie; tacy ludzie jak Stalin i Trocki byli raczej wyjątkami potwierdzającymi regułę).

Te proporcje narodowościowe dają wiele do myślenia: rosyjscy rewolucjoniści zdawali się bardziej rozumieć specyfikę utrzymywania się wielonarodowego Imperium, dostrzegając znaczenie odgórnej, despotycznej władzy dla jedności Wielkiej Rusi (podobnie jak inni rewolucjoniści rosyjscy związani z wsią – Socjaliści-Rewolucjoniści). Intelektualiści reprezentujący narody ościenne (Zakaukazie) czy też bezpaństwowe (Żydzi), patrzyli na sprawę raczej przez pryzmat „ortodoksyjnego” marksizmu. To właśnie między innymi tłumaczy fakt, iż po rewolucji lutowej, gdy władza leżała na ulicy – sięgnęli po nią (wcale nie liczni) bolszewicy. Jedynie oni mieli koncepcję (jak się miało okazać, szaloną) rządzenia ogromnym terytorium państwa. Mienszewicy, wbrew mylącej nazwie, cieszący się większym poparciem, zupełnie rozstrojeni, bez pomysłu spędzili większość krótkiego okresu republiki lutowej w kawiarniach.

Te nieoddające wprawdzie pełnego obrazu tamtych dni wnioski w zaskakujący sposób zbliżają do siebie ideowo bolszewików i nazistów. Nie chodzi tu o postawienie między nimi znaku równości – zarówno rosyjski bolszewizm, jak i niemiecki narodowy socjalizm to twory specyficzne tylko dla wspomnianych narodów i ich państw, powstałe na różnych gruntach społeczno-kulturowych. Za wspólne mianowniki można bezsprzecznie uznać socjalistyczną inspirację, priorytetowe podejście do faktu zdobycia władzy, czy też chęć kontroli całego społeczeństwa (co również ściśle wiąże się z postmarksistowskim ujęciem socjalizmu).

Ten zestaw, który wydaje się raczej charakterystyką każdego totalitaryzmu, stanowi, moim zdaniem, niemały procent socjalistycznego dziedzictwa. To Marks i Engels, jako pionierzy „naukowego” socjalizmu, jako pierwsi ukazali przekonywujące dla wielu uzasadnienie całkowitej, odgórnej kontroli społeczeństwa. Ta utopijna koncepcja inżynierii społecznej, połączona z wyznawanym przez obu panów socjaldarwinizmem tworzyła „Eldorado” dla tak mrocznych umysłów jak Lenin, Hitler, Stalin czy Goebbels.

Uzmysłowienie sobie doktrynalnych powiązań nazistowsko-bolszewickich otwiera bramę do wielu dalszych pytań. Na ile idea Holokaustu inspirowana była engelsowskim pojmowaniem „ducha dziejów”? W jakim stopniu forsowane pod koniec II wojny światowej przez Josepha Goebbelsa hasło „wojny totalnej” inspirowane było jego socjalistyczną przeszłością? Czy nazistowską ideę antysemityzmu, antyklerykalizmu i „masonofobii” należy łączyć genetycznie z lewicową koncepcją „walki klas”, manichejskim podziałem świata rodem z doktryny materializmu dialektycznego, postheglowską wizją „ducha świata”, etc.? To problemy trudne do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Jednak fakty istnienia w NSDAP przez prawie 15 lat silnie socjalistycznej frakcji (która de facto nie została rozbita), wyraźne inspiracje marksistowskie w praktyce działań Fuhrera oraz analogie w działalności i ideach nazizmu oraz bolszewizmu, uzasadniają włączenie do debaty tez o socjalistycznych źródłach, inspiracjach – a nawet tożsamości reżimu narodowosocjalistycznego.